czwartek, 20 lipca 2017

Marcin Kydryński, „Biel. Notatki z Afryki”,




MARCIN KYDRYŃSKI, „BIEL. NOTATKI Z AFRYKI”, 2016

Autor to uważny obserwator. Plastycznie opisuje to, co widzi. Wrażliwy na inną kulturę, daleko mu do typowego turysty. W książce zawarł swoje spostrzeżenia w formie zgrabnych reportaży i przemyśleń z ponad 20 lat podróży po krajach Afryki.

Książka jest napisana pięknym językiem. Nie potrafię do końca wskazać co konkretnie wywarło na mnie tak wielkie wrażenie, ale od dawna nie czytałam tak dobrze napisanej literatury. Zachwyciły mnie cytaty, opisy, refleksje. Zdjęcia również są imponujące i to głównie ze względu na nie wypożyczyłam tę książkę z biblioteki.

W książce oprócz zapierających dech w piersiach zdjęć, znajdziemy również bardzo trudne rozdziały, np. o Liberii. Państwo, które ma tak skomplikowaną historię, tak niezrozumiałe wierzenia. Opisy kanibalizmu obecnego jeszcze w XX wieku. Słowa tak dziwne i odległe od europejskiej rzeczywistości, ale może konieczne by choć spróbować zrozumieć i to oblicze Afryki.

Inny trudny rozdział jest o Somalii. Uważam, że tę książkę należy czytać etapami, żeby wchłonąć to, co Autor próbuje przekazać. Niemal każdy akapit trzeba sobie przyswoić, poobracać w głowie całe zdania, otworzyć się na inność.

Ta książka to opowieść człowieka, który dużo widział, a jeszcze więcej doświadczył. Marcin Kydryński ma za sobą najtrudniejsze chwile, których nie chciałby przeżyć żaden podróżnik. Historia wędrówek po ziemiach Afryki jest wielowymiarowa, wielowątkowa, a jednak układa się w zgrabną całość. Nie ma określonego początku ani końca, pokusiłabym się o stwierdzenie, że Czytelnik może dopisać kolejny rozdział…

Podsumowanie:


Niewątpliwie książka ta jest o trudnych rzeczach, ale napisano ją w taki sposób, że Czytelnik nie odbiera tego jako ciężar. Autor filtruje fakty, zdarzenia, ludzi, w wyjątkowy sposób ukazując to, co najważniejsze. Piękne fotografie uzupełniają całość. Barwy – kolory Afryki – przemawiają do nas. Dzięki fotografiom niemal możemy poczuć atmosferę tych miejsc i łudzić się, że możemy zrozumieć ten kontynent…

 

niedziela, 16 lipca 2017

Co mi dało czytanie blogów?



Blogi zaczęłam czytać około 4 lata temu, kiedy szukałam informacji potrzebnych do stworzenia prezentu dla mojej siostry. W ten sposób odkryłam niewyobrażalną kopalnię wiedzy i inspiracji.

Przez pewien czas konsumowałam treści, ale dosyć szybko stwierdziłam, że nie ma to zbytniego sensu, jeśli sama nie zacznę działać.

Zatem co zaczęłam robić pod wpływem lektury ulubionych blogów?:

Zaczęłam bliżej przyglądać się swoim zachowaniom, priorytetom, celom, robię ćwiczenia rozwojowe. Niektórzy uważają, że to pozbawione sensu coachingowe gadanie przynosi więcej szkody, niż pożytku. Nie w moim przypadku. Dzięki pracy nad sobą, różnych ćwiczeniom, inspirującym tekstom, zaczęłam lepiej kontrolować emocje, przyjrzałam się bliżej temu, co dla mnie ważne.

Lepiej komunikuję się z bliskimi. Staram się więcej wysiłku włożyć w zrozumienie ich postawy, stosuję pewne przydatne zasady w codziennym życiu.
Rozwijam swoje pasje – amatorsko fotografuję.

Założyłam bloga J Nie wiem, ile jeszcze bym się zbierała do czegoś, co od dawna siedziało mi w głowie, gdyby nie lektura któregoś z wpisów Edyty Zając. Pomyślałam sobie – jak nie teraz to kiedy? Jak nie spróbuję, nie przekonam się czy to jest dla mnie.

Docieram do ciekawych książek, filmów, wydarzeń.

Zainteresowałam się minimalizmem i wypleniłam chęć do posiadania coraz większej ilości pięknych rzeczy. Myślę, że przyczyniła się do tego również praca w centrum handlowym. Codzienne mijanie sklepów z „pięknymi ubraniami, biżuterią” itp., całkowicie mnie uodporniło na ich szybko przemijający urok. Pieniądze wolę wydać na książki lub podróże (małe i duże).

Celebruję swoje życie, nie czekam na ten wymarzony moment w przyszłości, kiedy będę miała rzecz X czy Y, kiedy będzie mnie stać na wyjazd w takie czy inne miejsce. Staram się korzystać z tego co mam.

Nauczyłam się wdzięczności. Jestem wdzięczna za słońce i za deszcz, za przyrodę, zapachy, a nawet możliwość chodzenia do pracy…

Doceniam swoich rodziców i to, co dla mnie i mojego rodzeństwa zrobili i nadal robią.

Lepiej radzę sobie z problemami, bo wiem, że nie jestem jedyną osobą, która ich doświadcza.

Stałam się bardziej kobieca, rozpoczęłam przygodę z naturalnymi kosmetykami, poznałam podstawowe oleje do pielęgnacji i zauważyłam ich dobroczynny wpływ.

Zaczęłam brać udział w konkursach blogowych i nawet wygrałam dwie książki.

Założyłam Instagram. Dzięki obecności tam nie tylko promuję Papierowego Przyjaciela, ale realizuję się w jakiś sposób artystycznie. Co prawda życie zdjęcia na Instagramie jest dosyć krótkie, ale zawsze można wrócić do swojej galerii i przypomnieć sobie te miłe momenty.

Zaczęłam prowadzić spis wydatków. Może nie jest to super domowy budżet, ale bardziej szanuję zarobione pieniądze i widzę na co warto wydawać, a na co niekoniecznie.

Zaczęłam więcej gotować i zwracać uwagę, żeby mój jadłospis był zdrowszy. Sięgnęłam po książki o zdrowym stylu życia, zainteresowałam się odżywczymi produktami, zaczęłam jeść owsiankę !

Pokochałam prostotę w domu, zaczęłam używać o wiele mniej chemii do sprzątania. Moim hitem są olejki eteryczne dodawane do wody do mycia podłogi, a także na ściereczkę podczas wycierania kurzy.

Podsumowanie:

Jak widzicie, sporo zmian pojawiło się w moim życiu na przestrzeni ostatnich 4 lat. Czytanie blogów, choć jest czasochłonne i powiedziałabym nieco uzależniające, pozwoliło mi zdobyć ciekawe informacje, do których prawdopodobnie nigdy bym nie dotarła. Oczywiście nie czytam wszystkich blogów na raz, ale w różnych okresach zaglądam  na te, które ciekawią mnie najbardziej i dostarczają mi najwięcej inspiracji.

Blogi, które aktualnie czytam:


Blogi, na które zaglądam od czasu do czasu:


Moje ostatnie odkrycia:



Kolejność jest przypadkowa, wszystkie te blogi niosą wartościowe treści lub są pięknie prowadzone, a najczęściej jedno i drugie. Nie czytam wszystkich na bieżąco, ze względu na ograniczenia czasowe. Jeśli lubicie czerpać z życia pełnymi garściami, szukacie pomysłów, jak wzbogacić swoją codzienność, brak Wam odwagi, by podjąć działanie – koniecznie zajrzyjcie na którąś z powyższych stron. 



czwartek, 13 lipca 2017

Ewa Trojanowska, „Detoks ciała i umysłu”,

Źródło grafiki

EWA TROJANOWSKA, „DETOKS CIAŁA I UMYSŁU”, 2016

Kim jest Autorka?

Ewa Trojanowska studiowała literaturę, jej życie zawodowe skupiało się natomiast na projektowaniu i urządzaniu wnętrz. Napisała kilka książek, m.in. „Sekrety Adama”, „Kocham Cię na zawsze”.

O czym jest ta książka?

W swojej książce „Detoks ciała i umysłu” porównuje dbanie o zdrowie do wejścia na 8 - tysięcznik np. Mount Everest.

Pani Ewa Trojanowska przez pewien czas nie przejmowała się zdrowym odżywianiem, żyła szybko i analizowała sygnałów, które wysyłało jej ciało. Niestety w pewnym momencie organizm całkowicie odmówił posłuszeństwa, okazało się, że poważnie zachorowała. Od tamtego czasu powoli i krok po kroku postanowiła zmienić sposób postępowania. Nie chodzi jedynie o sposób żywienia, ale tez o ruch (joga, bieganie). Zmiana nawyków nie była prosta i łatwa – wymagała systematycznej pracy. Autorka nie raz doznała porażek, ale każda z nich coraz bardziej uświadamiała jej konieczność dbania o organizm. Według Autorki najprościej jest zacząć od soków – produkty do ich sporządzenia są łatwe do zdobycia, zrobienie soku jest proste i stosunkowo szybkie, dostarczają wiele witamin, są odżywcze i dodają energii. Autorka wspomina również o uprawach biodynamicznych. Niestety nie wszędzie takie warzywa i owoce są dostępne. Według mnie jednak na początek można zacząć od zwykłych warzyw i owoców ze straganu, na start powinny wystarczyć.

Plusy tej książki:

Dużym plusem tej książki jest lista rzeczy, które nie służą zdrowiu ( u każdego taka lista może wyglądać nieco inaczej i należy ją modyfikować odpowiednio do swoich potrzeb), a także lista rzeczy, które są zdrowe. Autorka do listy produktów, które warto spożywać zalicza m. in. siemię lniane. Zaleca samodzielne mielenie ziaren, żeby mieć pewność, że są pozbawione pleśni i grzybów. Fenomenalnym i dosyć niedrogim produktem są również kasze, a szczególnie kasza jaglana.

Ewa Trojanowska zachęca do życia zgodnego z porami roku. Zalecenia przypisane do każdej z pór roku wydają się poukładane, ciekawe i dostarczają inspiracji. W książce znajdziecie również przepisy (głównie na soki, ale nie tylko).



Minusy tej książki:

Ostatnio z upodobaniem zaglądam do książek o zdrowym stylu życia, dobrym odżywianiu itp. Niestety zachęcona okładką trochę się rozczarowałam. Zawartość książki jest trochę pobieżna i mało wnosi nowości.  Dodatkowo na przykład nie jestem pewna odnośnie niektórych zaleceń np. dotyczących spożywania siemienia lnianego. Przepis na opakowaniu mówi, że trzeba zalać siemię gorącą wodą, podobne informacje znalazłam w Internecie. Natomiast Autorka mówi, że powinno się zalewać zimną. Dotarłam jednak do artykułu, który mówi o tym, że może to być niezdrowe. Trzeba więc weryfikować niektóre informacje z innymi źródłami.

Podsumowanie:


Jeśli chodzi o książki o zdrowym stylu życia dostępne na rynku – znajdziecie ciekawsze i bardziej uporządkowane oraz wyczerpujące pozycje. Ta książka może stanowić dobry punkt wyjścia dla kogoś, kto zaczyna swoją przygodę ze zdrowym stylem życia. Poszczególne rozdziały nie są zbyt długie, poruszają sporo ważnych zagadnień, ale dosyć pobieżnie. Wystarczająco jednak, żeby wzbudzić dalszą ciekawość. 

niedziela, 2 lipca 2017

Podsumowanie miesiąca – czerwiec 2017



Czerwiec jest zwykle moim ulubionym miesiącem, ponieważ jest pięknie, zielono, słonecznie i ogólnie bardzo optymistycznie. W tym roku jednak ten miesiąc minął mi dosyć szybko. Na początku udało mi się kilka dni odpocząć na wsi – to był wspaniale spędzony czas. Ciepłe promyki słońca dodały mi energii na resztę dni.

Jeśli chodzi o to, co działo się na blogu, to jestem z siebie naprawdę zadowolona. Udało mi się przeczytać kilka dość wymagających książek – zarówno ze względu na treść, jak i biorąc pod uwagę objętość.

W czerwcu napisałam następujące recenzje:


Jeśli miałabym wybrać dwie najważniejsze książki tego miesiąca, bez wątpienia byłaby to biografia Chanel i książka Jerzego Zięby „Ukryte terapie”. Pierwsza ze względu na to, że po przeczytaniu doszłam do wniosku, że pod pojęciem sukcesu nie zawsze kryje się to, co dobre. Chanel okazała się postacią nieco kontrowersyjną, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. Natomiast książka Jerzego Zięby to interesująca lektura dla osób, które są nękane przypadłościami, na które medycyna nie ma skutecznego lekarstwa (i nie mówię tu u bardzo rzadkich chorobach).

Inspirujące linki w czerwcu:

Zakochałam się w muzyce z filmu „Król Artur. Legenda miecza”

W tym miesiącu wypróbowałam nowy przepis na kaszę jaglaną. Niestety kotlety mi się trochę rozwalały, ale w smaku wyszły interesująco, zwłaszcza po połączeniu ich z pomidorem.

Mądry artykuł z bloga „Dbam o cud”.

Jak zawsze wartościowy wpis Edyty Zając.




czwartek, 29 czerwca 2017

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Źródło zdjęcia

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”, Rzeszów 2016

Książka ta jest skierowana do kilku grup odbiorców – do pacjentów, ludzi zainteresowanych profilaktyką oraz do lekarzy. Środowisko lekarskie nieufnie, a nawet negatywnie podchodzi do tej pozycji.

Uważam, że nie każdy zgodzi się z zawartością tej książki, co zresztą już we wstępie podkreśla sam Autor. Jednakże, każdy kto jest zainteresowany zdrowiem i dobrym samopoczuciem swoim oraz rodziny, powinien ją przeczytać i się zastanowić. Nikt po przeczytaniu jednej książki nie stanie się specjalistą od leczenia. Uważam jednak, że warto zapoznać się również z metodami wspomagającymi proces zdrowienia. Autor przestrzega przed samodzielnym leczeniem się, jednakże daje nadzieję ludziom, którzy są pozostawieni sami sobie.

Być może wnioski Autora są kontrowersyjne, ale według mnie warto przeczytać, zastanowić się, przetrawić i przeczytać ponownie.
Moja pierwsza lektura tej książki była łapczywa i nieco pobieżna. Przeczytałam całość, ale skupiałam uwagę na zagadnieniach, które najbardziej dotyczyły mnie i mojej rodziny.

Jeśli miałabym na zimno analizować:

- Autor podaje odnośniki do licznych badań naukowych, pochodzących  z różnych źródeł (najważniejszych medycznych periodyków, z badań zagranicznych i z polskich źródeł). Nie jestem lekarzem medycyny, więc nie interesuje mnie aż tak bardzo, co jest zawarte w tych badaniach. Dla mnie, jako przeciętnego Czytelnika, zawartość książki jest interesująca już w tej podstawowej formie. Wyjaśnienia i wnioski Autora są na tyle czytelne, że można wyrobić sobie opinię, a także mieć podstawy do rozmowy ze swoim lekarzem.

- Sposoby zalecane przez Autora (odpowiednia suplementacja witaminami – poprzedzona zbadaniem ich poziomów w naszym organizmie) i inne, nie są może całkowicie tanie, ale kosztują o wiele mniej, niż większość leków.

- Przeczytałam artykuły krytykujące Jerzego Ziębę i szczerze – trudno jest mi się z tym zgodzić, ponieważ Pan Zięba, w swojej książce mówi o terapiach, które można stosować wspomagająco np. w leczeniu raka. Wbrew temu, co jest powszechnie nagłaśniane, nikogo nie namawia do porzucenia leczenia konwencjonalnego, jest wręcz zwolennikiem połączenia obu rodzajów terapii.

- Nie weryfikowałam źródeł, które podaje, ale jego wywód wydaje mi się logiczny. Książka jest napisana w ciekawy sposób i pokazuje metody leczenia chorób, które były skuteczne, ale zaprzestano ich stosowania.

- Poza tym niestety trudno zaprzeczyć, że współczesny przemysł farmakologiczny to wielki biznes i zarabia dzięki temu, że ludzie chorują. Zastanawia mnie na przykład wzrost zachorowań na choroby tarczycy i konieczność przyjmowania do końca życia leku np. Eutyrox. Zapas tego leku na kilka miesięcy kosztuje zaledwie kilkanaście złotych, oczywiście jest prawie w całości refundowany. Ale jak możliwa jest opłacalna produkcja przy tak niskiej cenie? Według mnie dlatego, że tak dużo osób choruje na choroby tarczycy.

- Trudno jest również znaleźć kontrargumenty na to, że przy współczesnych formach uprawy i produkcji żywności (szybko i dużo + nawozy i środki ochrony roślin) nasz pokarm jest wyjałowiony i pozbawiony witamin oraz minerałów. Nie dziwi mnie wcale, że powoduje to zaburzenia w funkcjonowaniu organizmu i różne choroby. Jeśli czegoś brakuje, to przecież nie działa jak powinno. A ludzkie ciało nie jest samowystarczalne.

- Kolejnym niezaprzeczalnym faktem jest przepracowanie współczesnych lekarzy. Często nie mają czasu dla pacjenta. Czeka się długo na wizytę u specjalisty, po czym wszystko jest odbębnione na odwal, lekarz właściwie nie odpowiada na pytania, albo odpowiada ogólnikowo. Z jednej strony trudno się dziwić – duże kolejki do specjalistów, kilkanaście minut na wizytę, papierologia. Z drugiej strony – postawmy się na miejscu pacjenta. Najpierw musi odczekać kilka tygodni lub miesięcy, w międzyczasie nękany objawami choroby. Czekając na wizytę oczywiście chyba każdy robi rozpoznanie internetowe. „Wujek Google” jest przydatny, ale często może wprowadzić w błąd (w dodatku część osób stwierdza, że może jednak uda im się wyleczyć na własną rękę). Jeśli pacjent zdecyduje się jednak na wizytę,  dostaje leki, które mają mu pomóc (ale przeważnie nie pomagają), a do tego żadnych wyjaśnień, zaleceń odnośnie diety czy aktywności wspomagającej leczenie.

To podatny grunt. Natura nie lubi pustki. Jest zapotrzebowanie, jest podaż. Oczywiście wierzę, że wiele osób, które pisze podobne książki ma dobre zamiary. Trzeba jednak być uważnym i nie wierzyć jednemu źródłu. A większość osób i tak nie ma nic do stracenia, i może wypróbować działanie witamin.

Podsumowanie:

Książka jest napisana całkiem ciekawie, ale niektóre fragmenty były nieco za długie, a czasami Autor nie rozwijał jakiejś interesującej myśli. Trochę mnie to irytowało. Bardzo podobał mi się rozdział o tłuszczach. Nareszcie zrozumiałam dlaczego nie należy smażyć na oliwie z oliwek! Czytałam jakieś wzmianki na ten temat wcześniej, ale dopiero mała lekcja chemii zafundowana przez Autora, uświadomiła mi jakie procesy wówczas zachodzą.

Od zawsze byłam zwolenniczką zdroworozsądkowego podejścia do większości spraw. Książka pana Zięby nie jest aż tak wywrotowa, jak to jest powszechnie  nagłaśniane. Wyjęte z kontekstu wypowiedzi i cytowane w Internecie fragmenty są w większości po prostu śmieszne. Nie zgodzę się z opinią, że to szarlataństwo. A Wy oceńcie sami.