czwartek, 29 czerwca 2017

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Źródło zdjęcia

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”, Rzeszów 2016

Książka ta jest skierowana do kilku grup odbiorców – do pacjentów, ludzi zainteresowanych profilaktyką oraz do lekarzy. Środowisko lekarskie nieufnie, a nawet negatywnie podchodzi do tej pozycji.

Uważam, że nie każdy zgodzi się z zawartością tej książki, co zresztą już we wstępie podkreśla sam Autor. Jednakże, każdy kto jest zainteresowany zdrowiem i dobrym samopoczuciem swoim oraz rodziny, powinien ją przeczytać i się zastanowić. Nikt po przeczytaniu jednej książki nie stanie się specjalistą od leczenia. Uważam jednak, że warto zapoznać się również z metodami wspomagającymi proces zdrowienia. Autor przestrzega przed samodzielnym leczeniem się, jednakże daje nadzieję ludziom, którzy są pozostawieni sami sobie.

Być może wnioski Autora są kontrowersyjne, ale według mnie warto przeczytać, zastanowić się, przetrawić i przeczytać ponownie.
Moja pierwsza lektura tej książki była łapczywa i nieco pobieżna. Przeczytałam całość, ale skupiałam uwagę na zagadnieniach, które najbardziej dotyczyły mnie i mojej rodziny.

Jeśli miałabym na zimno analizować:

- Autor podaje odnośniki do licznych badań naukowych, pochodzących  z różnych źródeł (najważniejszych medycznych periodyków, z badań zagranicznych i z polskich źródeł). Nie jestem lekarzem medycyny, więc nie interesuje mnie aż tak bardzo, co jest zawarte w tych badaniach. Dla mnie, jako przeciętnego Czytelnika, zawartość książki jest interesująca już w tej podstawowej formie. Wyjaśnienia i wnioski Autora są na tyle czytelne, że można wyrobić sobie opinię, a także mieć podstawy do rozmowy ze swoim lekarzem.

- Sposoby zalecane przez Autora (odpowiednia suplementacja witaminami – poprzedzona zbadaniem ich poziomów w naszym organizmie) i inne, nie są może całkowicie tanie, ale kosztują o wiele mniej, niż większość leków.

- Przeczytałam artykuły krytykujące Jerzego Ziębę i szczerze – trudno jest mi się z tym zgodzić, ponieważ Pan Zięba, w swojej książce mówi o terapiach, które można stosować wspomagająco np. w leczeniu raka. Wbrew temu, co jest powszechnie nagłaśniane, nikogo nie namawia do porzucenia leczenia konwencjonalnego, jest wręcz zwolennikiem połączenia obu rodzajów terapii.

- Nie weryfikowałam źródeł, które podaje, ale jego wywód wydaje mi się logiczny. Książka jest napisana w ciekawy sposób i pokazuje metody leczenia chorób, które były skuteczne, ale zaprzestano ich stosowania.

- Poza tym niestety trudno zaprzeczyć, że współczesny przemysł farmakologiczny to wielki biznes i zarabia dzięki temu, że ludzie chorują. Zastanawia mnie na przykład wzrost zachorowań na choroby tarczycy i konieczność przyjmowania do końca życia leku np. Eutyrox. Zapas tego leku na kilka miesięcy kosztuje zaledwie kilkanaście złotych, oczywiście jest prawie w całości refundowany. Ale jak możliwa jest opłacalna produkcja przy tak niskiej cenie? Według mnie dlatego, że tak dużo osób choruje na choroby tarczycy.

- Trudno jest również znaleźć kontrargumenty na to, że przy współczesnych formach uprawy i produkcji żywności (szybko i dużo + nawozy i środki ochrony roślin) nasz pokarm jest wyjałowiony i pozbawiony witamin oraz minerałów. Nie dziwi mnie wcale, że powoduje to zaburzenia w funkcjonowaniu organizmu i różne choroby. Jeśli czegoś brakuje, to przecież nie działa jak powinno. A ludzkie ciało nie jest samowystarczalne.

- Kolejnym niezaprzeczalnym faktem jest przepracowanie współczesnych lekarzy. Często nie mają czasu dla pacjenta. Czeka się długo na wizytę u specjalisty, po czym wszystko jest odbębnione na odwal, lekarz właściwie nie odpowiada na pytania, albo odpowiada ogólnikowo. Z jednej strony trudno się dziwić – duże kolejki do specjalistów, kilkanaście minut na wizytę, papierologia. Z drugiej strony – postawmy się na miejscu pacjenta. Najpierw musi odczekać kilka tygodni lub miesięcy, w międzyczasie nękany objawami choroby. Czekając na wizytę oczywiście chyba każdy robi rozpoznanie internetowe. „Wujek Google” jest przydatny, ale często może wprowadzić w błąd (w dodatku część osób stwierdza, że może jednak uda im się wyleczyć na własną rękę). Jeśli pacjent zdecyduje się jednak na wizytę,  dostaje leki, które mają mu pomóc (ale przeważnie nie pomagają), a do tego żadnych wyjaśnień, zaleceń odnośnie diety czy aktywności wspomagającej leczenie.

To podatny grunt. Natura nie lubi pustki. Jest zapotrzebowanie, jest podaż. Oczywiście wierzę, że wiele osób, które pisze podobne książki ma dobre zamiary. Trzeba jednak być uważnym i nie wierzyć jednemu źródłu. A większość osób i tak nie ma nic do stracenia, i może wypróbować działanie witamin.

Podsumowanie:

Książka jest napisana całkiem ciekawie, ale niektóre fragmenty były nieco za długie, a czasami Autor nie rozwijał jakiejś interesującej myśli. Trochę mnie to irytowało. Bardzo podobał mi się rozdział o tłuszczach. Nareszcie zrozumiałam dlaczego nie należy smażyć na oliwie z oliwek! Czytałam jakieś wzmianki na ten temat wcześniej, ale dopiero mała lekcja chemii zafundowana przez Autora, uświadomiła mi jakie procesy wówczas zachodzą.

Od zawsze byłam zwolenniczką zdroworozsądkowego podejścia do większości spraw. Książka pana Zięby nie jest aż tak wywrotowa, jak to jest powszechnie  nagłaśniane. Wyjęte z kontekstu wypowiedzi i cytowane w Internecie fragmenty są w większości po prostu śmieszne. Nie zgodzę się z opinią, że to szarlataństwo. A Wy oceńcie sami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz