czwartek, 12 lutego 2015

Wyjątkowo zabawna opowieść o Chinach


„ W CHINACH JEDZĄ KSIĘŻYC”, MIRIAM COLLÉE, TŁUMACZENIE ELŻBIETA ZARYCH, BIELSKO – BIAŁA 2014,

Autorka pochodzi z Niemiec. Mimo wygodnego życia wraz z mężem zapragnęli zmian. Tobias dostał możliwość pracy w Chinach, więc postanowili skorzystać z nadarzającej się okazji. Razem z malutką córką – Amélie wyruszyli do Szanghaju. Tak rozpoczęła się roczna przygoda opisana w książce.

Niesamowite jest to, ile problemów czekało na nich po przyjeździe. „Very luxury” dom z ogrodem okazał się pełnym usterek niezbyt przyjemnym miejscem z betonowym ogrodem. Ale nie załamało to Miriam i Tobiasa. Postanowili maksymalnie wykorzystać podarowany im czas w tym niezwykłym azjatyckim mieście, choć na każdym kroku spotykały ich bariery językowe, kulturowe, kłopoty z nianią zwaną w Chinach Ayi (dosłownie ciocia).

Najczęściej słyszeli w Chinach: Cannot (nie mogę), a do naprawiania zmywarki, szafek, cieknącej toalety, wanny przychodził tuzin specjalistów. Przetrwać w tym niezwykłym chaosie pozwolił im dobry humor i dystans do siebie i innych.

Cytaty:

„Nie można sprawić, aby życie miało więcej dni, ale dzień może mieć więcej życia.” (s. 11).

„Mędrzec oczekuje od ludzi niewiele, ma nadzieję na dużo i obawia się wszystkiego.” (s.23).

„Zwróć twarz ku słońcu, wtedy cienie będą za tobą.” (s. 58).

„Twarz człowieka poznajesz w świetle, charakter w ciemności.” (s. 261).

„Na hinduski wieczór panieński poszłam. (…) Leyla, w której domu się spotkałyśmy, wynajęła dwie dziewczyny malujące ciało henną. (…) Niestety artystki od henny okazały się tak mierne jak tutejsi elektrycy, hydraulicy i stolarze. Na grzbiecie mojej dłoni powstały dyletanckie bazgroły, które z żadnej strony nie przypominały ani kwiatów, ani węży. (…) Zaproszona na imprezę Australijka kazała sobie pokryć henną całe ramię. Zapłaciła za to wspaniałe oszpecenie osiem euro. Uśmierzyła ból po swojej głupocie kilkoma dodatkowymi kieliszkami szampana.” (s. 184).

Podsumowanie:

Czytając tą książkę nie mogłam powstrzymać się od śmiechu – wiele sytuacji, które spotkały bohaterów graniczyło z absurdem. Jedna rzecz mi przeszkadzała – Autorka niby chciała poznać życie w zatłoczonym Szanghaju, ale na swoich warunkach. To znaczy, że bardzo często korzystała z różnych wygód (częściowo usprawiedliwia to, że niemal cały czas była z małym dzieckiem) i żyła na sposób europejski. Zamawiała ekologiczne warzywa i bywała w miejscach, gdzie wolny czas spędzają inni „długonosi” (tak Chińczycy nazywają obcokrajowców). Ale mimo wszystko jej sposób opowiadania o przygodach jakie miała budzi sympatię.


Obraz Chin przedstawiony w książce zachęca do odrzucenia schematów. Przez rok mieszkania w jakimś kraju nie da się go poznać w pełni, ale Autorka zauważa, że w zachodnich mediach pokazywana jest tylko jedna strona medalu. Oceńcie sami po przeczytaniu relacji z Szanghaju :).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz