sobota, 14 lutego 2015

Wpis gościnny - Asia opowiada o Tajlandii i Kambodży

Dziś przedstawiam Wam fascynującą rozmowę z moją koleżanką, podróżniczką Asią J. Poznałyśmy się na studiach i nieustannie podziwiam ją za odwagę w poznawaniu świata. Zapraszam do odkrywania Tajlandii i Kambodży!

A wkrótce na blogu Asi zobaczycie cudowne zdjęcia i przeczytacie o jej dalekich i bliskich podróżach: https://yassisworld.wordpress.com/. 

        Jakie kraje do tej pory zwiedziłaś?

 Pierwszy raz przekroczyłam granicę Polski podczas kolonii szkolnej w Murzasichlu, któregoś dnia wybraliśmy się na wycieczkę na Słowację. Nie mam zielonego pojęcia jaką przygraniczna miejscowość odwiedziliśmy. Pamiętam tylko, że  plecaki każdego z nas, były wypełnione piwem, rumem i pistacjami :)
Później długo, długo nic. Będąc na studiach w Szczecinie kilkakrotnie odwiedzałam Niemcy. Byłam też w tym czasie turystycznie w Wielkiej Brytanii. Po trzecim roku przyszedł czas na pierwszą pracę za granicą - w Holandii. Podczas czteromiesięcznego pobytu tam, odwiedziłam każde większe miasto Holandii i Belgii. Wraz z końcem studiów udało mi się wybrać za wielką wodę - po ośmiotygodniowej pracy na obozowisku letnim dla dzieci w stanie Connecticut, tułałam się do ostatniego dnia ważności wizy, i do ostatniego dolara, po Wschodnim Wybrzeżu Stanów i po Kanadzie. Po powrocie, wyjechałam od razu do Niemiec w poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi i też, by załatać dziurę w budżecie po odwiedzinach kraju Wujka Sama :) Turystycznie zwiedziłam też Maroko, z biurem podróży co prawda, ośmiodniowa wycieczka objazdowa, ale myślę, że mięliśmy okazję „liźnięcia” kolorowej różnorodności marokańskich klimatów. I ostatnia wyprawa, na własną rękę, Tajlandia i Kambodża. 

Zatem w tym moim podróżniczym rachunku sumienia naliczyć mogę 10 obcych krajów  na 3 kontynentach. 


    Co zainspirowało Cię, aby odwiedzić Tajlandię i Kambodżę?

                  Pomysł rzucił mój brat. On już odwiedził ten kraj i urzeknięty nim obiecał sobie, że na pewno tam wróci, by dalej odkrywać i poznawać tamtejszą kulturę. Od razu podchwyciłam pomysł. Nie było się nad czym zastanawiać. Bartek znalazł bilety w całkiem niezłej cenie i po prostu je kupił. Byłam już lekko zapoznana z obrazem Tajlandii, nie tylko rajskimi plażami znanymi mi z filmów, ale tez z tym codziennym światem, o którym słyszałam z opowieści znajomych. Kiedy perspektywa wyjazdu stała się już rzeczywistością, chwyciłam za mapę, by sobie wytyczyć swoje własne punkty „must  see” na trasie. 

Muszę przyznać, że wcześniej nie przywiązywałam większej uwagi do konieczności odwiedzenia Azji Wschodniej. Może Chiny albo Japonię. Ale kiedy stanęłam już twarzą w twarz z wizją trzytygodniowej podróży na własną rękę po Tajlandii - oddałam się jej w 100%.

Teraz z perspektywy czasu, mogę się przyznać, że chyba głównie przyświecał mi cel po prostu bycia na jednej z tych rajskich plaż. Pławienia się w ciepłej wodzie, wylegiwania się w słońcu na gorącym piasku pod palmami, a wieczorami, gdy będzie chłodniej,  próbowania specjałów tamtejszej kuchni i huśtania się na linie zawieszonej na palmie o zachodzie słońca. Już tłumaczę moją ówczesna wizję „urlopowania” :) - byliśmy z bratem i jego dziewczyną po prostu zmęczeni pracą, jedyne na co mieliśmy ochotę to odciąć się od świata. Zdecydowaliśmy się na spontaniczną podróż, brać to, co przyniesie kolejny dzień, bez napiętych grafików, miliona miejsc, które warto zobaczyć według przewodników. Po prostu żyć tamtym życiem.
                 
        Jak długo trwały przygotowania do podróży i co obejmowały?

                   Ponieważ żadne z nas nie jest typem turysty, który marzy o wczasach w ekskluzywnym resorcie z prywatną plażą i drinkami z palemką podawanymi do basenu, postanowiliśmy jeszcze przed wyjazdem, że pierwsze dwa tygodnie będziemy się „szwędać” i zwiedzać, zatrzymując się tam gdzie akurat zastanie nas noc, a ostatniego tygodnia odpoczniemy na jakiejś plaży. Początkowo obstawialiśmy południe, którąś wyspę, lub różne wyspy w okolicach Phukhetu. 

Nasze przygotowanie było marne. Bazując na doświadczeniach z poprzedniego wyjazdu brata i znajomych, przygotowania ograniczyły się do ściągnięcia plecaka ze strychu i znalezienia w Internecie parkingu dla auta blisko lotniska w Warszawie :) Całkowity spontan, co wynikało też z tego, że mieszkamy odpowiednio - moi towarzysze - w Holandii, ja w Niemczech. Wróciliśmy do Polski w czwartek, w sobotę mięliśmy wesele w rodzinie, niedziela poprawiny i w poniedziałek o 4 nad ranem wyjazd do Warszawy. Nie było więc czasu na jakieś szczególne przygotowania i planowanie, i wtedy chyba, każde z nas miało w głowie tylko plan, by zwolnić i odpocząć, cieszyć się życiem. Nawet pierwszy nocleg w Bangkoku bookowaliśmy podczas przesiadki w Dubaju. Całkowity spontan. Dla mnie najcenniejszy w podróży.


        Czy czegoś się obawiałaś przed podróżą?

                  Pogody. Byliśmy w październiku - to koniec pory deszczowej. Bałam się, że zastaną nas jeszcze deszcze. 

Zawsze w podróży dopada mnie strach. Może słowo „strach”, to za dużo, ale taki lęk, niepokój powiedzmy. Zawsze przychodzi mi do głowy myśl, że może nie zdołam się dogadać, że coś przytrafi mi się złego i nikt nie zainteresuje się tym, żeby mi pomóc. Muszę też przyznać, że zawsze w samolocie przy starcie i przy lądowaniu, ewentualnie podczas turbulencji gdzieś tam 8 km nad ziemią, odczuwam ten sam niepokój. Boję się, że w domu coś się stanie, a mnie tam nie będzie. Szczególnie teraz, kiedy nasza babcia ze względu na sędziwy wiek choruje, i właściwie w każdej chwili może od nas odejść.  Wydawałoby się, że do tego rodzaju lęków można już przywyknąć po tylu wyjazdach i życiu na obczyźnie. Myślę jednak, że to jest największą „zmorą” emigrantów. Ta myśl, że tyle rzeczy nas omija. Bliscy  przychodzą, odchodzą, ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś przeżywa chorobę, ktoś świętuje urodziny a my w najlepszym układzie ze skypem w komórce w ręku możemy być marnym świadkiem tych wydarzeń. Podczas krótkich wyjazdów oczywiście o tym się nie myśli. Człowiek cieszy się urlopem, może też niekiedy „odpocząć” od rodziny i przyjaciół – naprawdę nie widzę w tym nic zdrożnego. Ale przy dłużej podróży, kiedy ludzie wyjeżdżają w  roczną podróż dookoła świata albo żyją na emigracji – to boli najbardziej.


        Czy był to kosztowny wyjazd?

                  Trafiliśmy świetnie z czasem, bo było przed sezonem turystycznym, więc wszystko było tańsze, mniej turystów, mogliśmy bardziej poczuć tamtejszy prawdziwy klimat i poznać bardziej Tajów i Kambodżan, gdyż oni mieli więcej czasu dla nas. 

Sekretem tanich dalekich wojaży są oczywiście bilety lotnicze. Mojemu bratu udało się wyrwać te nasze z Air Quatar za 2100zł, z dość krótkimi przesiadkami w Dubaju. Oczywiście, bilety można tez kupić już za 1400zł, ale z nawet dobowym czasem oczekiwania na transfer. Chyba zwariowałabym uwięziona na terminalu przez tak długi czas. Nie byliśmy jakoś specjalnie ograniczeni finansowo, więc ta perspektywa szybszego dostania się tam bardzo nas ucieszyła. 

Nie jest tajemnicą, że na każdym straganie trzeba się targować. Przy dobrych lotach sprzedawcy obniżali początkowe ceny o 70%. Warto znać orientacyjną wartość produktu, by nie być ciągle naciąganym przez lokalnych sprzedawców. Przykładowe spodnie na straganie w centrum Bangkoku kosztują 500 bathów (50zł). To zdecydowanie za dużo jak na szmaciane spodnie, które są wątpliwej jakości. Po targowaniu udaje się kupić spodnie i koszulkę za 200 bathów (20zł). Jeśli mogę dać radę to polecam targować się konsekwentnie do końca. Po męsku, twardo ale oczywiście tak, by nie urazić sprzedającego zbyt niską ceną proponowaną przez nas. Szkołę targu przeżyłam w Maroku, gdzie jak chyba we wszystkich krajach islamskich panuje zasada (stosowana wobec turystów) – co dotknięte to sprzedane. Takie targowanie potrafi być naprawdę męczące, ale dla osoby, która parę razy utarguje coś z sukcesem, staje się to jak narkotyk. Po przyjeździe do Polski, byłam gotowa targować się w sieciówce odzieżowej. Tak mi to weszło w krew J
Stołowaliśmy się na „mieście”. W dzień kupowaliśmy sobie owoce, czy tajskie specjały ze straganów, wieczorami restaurowaliśmy się w knajpach, które przyciągnęły naszą uwagę. Ceny zazwyczaj ujednolicone. Za kolację, dwu-, trzydaniową, z koktajlami, owocami morza, kurczakiem, makaronami i wszystkim w co Tajlandia bogata płaciliśmy równowartość około 30-40 zł za osobę. Na jedzeniu mogliśmy dużo zaoszczędzić - te koktajle były najdroższe. Nie był to warunek konieczny by codziennie tak głaskać podniebienie. Równie dobrze mogliśmy się najadać do syta popularnym i bardzo smacznym pad thaiem (makaron z kurczakiem lub krewetkami) za równowartość 5-7zł (cena dla turystów). Ale jak mówiłam, mieliśmy to szczęście, że nie byliśmy ograniczeni jakoś bardzo finansowo, no i też założyliśmy, że jadąc na drugi koniec świata - nie będziemy sobie niczego żałować. Takie plusy pracowania za granicą :) Cała impreza kosztowała nas na głowę w granicach 5,5-6 tysięcy złotych. Choć kalkuluję, że przy nieco oszczędniejszym trybie życia spokojnie te 3 tygodnie moglibyśmy zamknąć w maksymalnie 4 tysiącach złotych. 



        Co najbardziej Cię zadziwiło?

 W Tajlandii chyba ten gorąc, który uderzył mnie na lotnisku. Parno, wszechobecny wrzask, zamęt, milion ludzi. Ale byłam zmęczona podróżą i weselem, które zaliczyłam 40 godzin wcześniej J. Już po dotarciu z lotniska do hotelu na najbardziej ruchliwej ulicy Bangkoku Khao San Road byłam zaaklimatyzowana. Śmiałam się, że mój Nikon potrzebuje więcej czasu na oswojenie się z nowym krajobrazem i klimatem, bo dopiero następnego dnia obiektyw odparował J

Pewnie powinnam napisać, że zaskoczył mnie bród, śmieci, walające się torebki foliowe, że zaskoczyły mnie  gigantyczne szczury biegające po drogach, tak samo gigantyczne karaluchy, które nie raz przebiegły mi po gołych stopach. Ale spodziewałam się tego. Byłabym zaskoczona, gdybym tego nie widziała. Myślę, że te szczury pełnią całkiem  przydatną rolę w tamtejszej ekosferze – one po prostu wyjadają rozdeptane resztki jedzenia, także wymiociny turystów z Khao San Rd…, po prostu dbają o czystość ulic miasta nocą. Za dnia chowają się w kanałach i nie kłują w oczy. Karaluszki lubią chyba słońce, nie wiem jaką rolę pełnią w ekosystemie, i czy w ogóle jakąś pełnią, ale zauważyłam że koty chętnie na nie polowały, więc rozleniwione tamtejszym skwarem miały jakieś zajęcie J

To co mnie zaskoczyło to koty z krótkimi ogonami. Na początku myślałam, że to wskutek jakiegoś wypadku, jeden czy drugi kot, miał krótszy ogon. Ale z każdym dniem widziałam ich kolejne tuziny. Nie dowiadywałam się nigdzie, ale być może to efekt jakiś azjatyckich wierzeń, że odcięty koci ogon może być talizmanem, a może to po prostu taka rasa. 
Zadziwiła mnie Kambodża. Dziś, kilka już miesięcy po powrocie stamtąd, gdy pomyślę tamtej wyprawie, widzę te uśmiechnięte, życzliwe twarze ludzi żyjących w skrajnej nędzy. Ale o tym w następnym punkcie. 
To czym bym zdziwiona to różnicą, ogromną przepaścią, pomiędzy Tajlandią a Kambodżą. Już nie mówię o sytuacji ekonomiczno-gospodarczej obydwu krajów, ale o mentalności, o ich fizyczności. Dziś bez problemu na ulicy odróżnię Taja, Kambodżanina od Wietnamczyka. Dotychczas, jak chyba większości Europejczyków, wszyscy Azjaci wydawali mi się tacy sami. To, co mnie zadziwiło to pakowność tajskich skuterów. Niekiedy widziałam 5-6 osób na jednym skuterze. Fakt, że Tajowie są generalnie drobni, więc mąż z żoną i dzieckiem w trójkę na skuterze to widok powszedni. Ale czasem, gdy tych dzieci, poza mamą i tatą, była czwórka albo piątka i jeszcze pies na to wszystko, i wszyscy się mieścili na tej Yamasze czy Hondzie. Niesłychane.


        Co najlepiej zapamiętałaś?

Takie najbardziej wyraźne fleshbacki gdy myślę o naszej wyprawie to deszcz jaki nas spotkał pierwszego dnia zaraz po przyjeździe do hotelu. Było słońce, piękna pogoda, nic nie zapowiadało istnego tsunami, które za chwilę przyszło. Z nieba lało się tak, jakby ktoś na górze odkręcił kran. Nie było widać gęstych kropel deszczu. Woda po prostu lała się strumieniem. Trwało to może kwadrans, ale stałam w oknie i nie wierzyłam. Zapach ulicy, tak jak Maroku, Tajlandię możesz poznać po zapachu. Przyprawy, spaliny, zapach tajskich specjałów kulinarnych, zapach ludzi, zwierząt, zapach olejków ezoterycznych wydobywających się z salonów masażu,  przeplatane tym zgiełkiem, harmiderem, coś wspaniałego. Warto w niego wejść i dać się ponieść tłumowi ludzi. Nie zawracać, nie stawiać oporu, po prostu dać się zgubić i odnaleźć na nowo. Bardzo zapadł mi w pamięć obraz mnicha na skuterze, niby nic takiego. Wszyscy poruszają się tam na skuterach i tuk tukami. Ale zobaczyć mnicha, i to takiego całkiem całkiem przy sobie, na skuterze – bezcenne J. Khao San Road,  niczym nie odbiegające od ulic Amsterdamu, Hamburga czy Londynu. Niestety. Głośno, gwarno, ale w nasz europejski sposób. Jedna wielka impreza. Ale najwyraźniej takie miejsce też jest potrzebne. Na ulicy z każdym krokiem zaczepia Cię ladyboy, nachalny Taj proponujący ping pong show i dziewczyny oferujące dozę gazu rozweselającego. Swoboda i  wolność na drogach i plażach Koh Chang. Nie wiem czy to dlatego, że to były nasze ostatnie dni poświęcone słodkiemu leniuchowaniu, czy sam klimat tamtejszej wyspy, ale nigdy wcześniej chyba nie czułam się tak lekko. Tak beztrosko i swobodnie. Jechałam na skuterze, na sobie mając tylko strój kąpielowy i okulary przeciwsłoneczne. Bez butów, bez kremu do opalania, bez dokumentów, bez pieniędzy. Zatrzymywałam się kiedy miałam ochotę popływać. Później kładłam się na piasku i schłam, wsiadałam na skuter i jechałam dalej. Na inną plażę. Może mój skuter był daleki od Harleya Davidsona, krążownika amerykańskich szos, ale myślę, że doświadczyłam tego samego stanu umysłu, tej wolności o jaką zabiegają harleyowcy. Coś pięknego.

W Świątyniach Angkor  wszystko zapiera dech w piersiach. Z każdym krokiem zastanawiasz się, ile stóp przedreptało tedy przed Tobą. Jak wyglądała stolica ówczesnego Imperium, w latach świetności przypadającymi na XII wiek, swą wielkością odpowiadającemu dzisiejszemu Los Angeles. Nas najbardziej wciągnęła Świątynia Ta Prhom, gdzie człowiek może zgubić orientację czy to kamieniami obkładano drzewa, czy to drzewa wrosły się w kamienie. Było tam też mniej ludzi, było spokojniej. Słońce, ledwo docierające przez gęste korony drzew nie parzyło skóry i dawało czas na skupienie i kontemplację. I znaleźliśmy się w Kambodży. Kraju tak ogromnych kontrastów. Od pierwszych chwil spędzonych za linią granicy z Tajlandią, znienawidziłam ten kraj. Banda cwaniaków i dorobkiewiczów wykorzystujących biedniejszych, słabszych, niedouczonych swoich własnych pobratymców. Przy akceptacji takiego stanu rzeczy przez Zachód. Byliśmy przygotowani na próby naciągania, nieuczciwych sprzedawców, przewoźników, czy próby kradzieży. Ale niekiedy to przechodziło ludzkie pojęcie. Pływająca wioska   na jeziorze Tonle Sap. Ludzie jak zwierzęta w ZOO czy towar na wystawie wyeksponowani dla zwiedzających turystów za jedyne 30 USD od osoby (dodam tylko, że ci oglądani nie widzą ani centa z tych pieniędzy). Nastoletnie masażystki, z bliznami na ramionach po przypalaniu papierosami, pracujące od świtu do zmierzchu za mniej jak dolara dziennie (zapewne te blizny na ramionach są karą za kradzież napiwku danemu „po kryjomu”), małoletni złodzieje (dosłownie 5, 6 letni!) na ulicy, podchodzący do Ciebie i przytulający się mówiąc „jestem głodny” a w międzyczasie sprawdzający Ci kieszenie i torebki.  Młodociane dziewczyny obwieszone na cielskach staruchów z Europy i Stanów na Pub Street.  Sama nazwa ulicy wskazuje, że to rozrywkowe miejsce. Dyskoteka na dyskotece, knajpy z pizzą i kebabem. Wszystko w cenie miesięcznych zarobków Kambodżan. Pewnie to jest ogólnie tolerowane. My jedziemy tam się zabawić, urlopować. Oni są zadowoleni, bo mają źródło dochodu. Ale jakoś nie potrafię sobie tego w głowie poukładać. Chyba zbyt idealistyczna jestem do tego świata. Brawo włodarze Kambodży, naprawdę powinniście być z siebie dumni! O korupcji można byłoby pisać książki. Wydaje mi się, że świetnym przykładem korupcji mogą być Świątynie Angkor. Może się mylę, ale uważam że skoro jednorazowy bilet wstępu kosztuje 20 USD, a średnio dziennie przewija się tamtędy 7 tysięcy turystów, to ktoś kradnie te pieniądze. Bo ile kosztować może renowacja Świątyń – szczególnie że niekoniecznie widać tam jakiś konserwatorów.

Mafia, która za wszystkim stoi. Poznani przez nas Kambodżanie mówili o „company”, która trzyma wszystko w garści. Ostatniego dnia naszego pobytu zrobiliśmy coś najmądrzejszego, co tylko mogliśmy zrobić. Za wszystkie pieniądze, które nam zostały poprosiliśmy taksówkarza o przewiezienie nas po Sieam Reap. Taka wycieczka poza trasą z przewodnika. Młody chłopak był naprawdę wspaniałym przewodnikiem – zatrzymywał się i co chwilę opowiadał nam o jakimś budynku czy ogrodzie. Zapytałam go, czy nie miałby ochoty napić się piwa. Zgodził się. Zabrał nas do swojego miejsca. Taka Pub Street, ale dla tutejszych. Z miejscowymi cenami, z miejscową obsługą. Ludzką, życzliwą, pogodną, szczerze uśmiechniętą, szczęśliwą, zaciekawioną nowoprzybyłymi. Z dala od innych hałaśliwych turystów, „naszej” muzyki i kulinarnych specjałów. Rozmawialiśmy o sytuacji w Kambodży, o stosunkach z Tajlandią, o życiu i marzeniach. Zapytałam, jakie jest jego marzenie. Powiedział zdobyć paszport i wyjechać stąd. Po latach wrócić i otworzyć hotel. Bo kocha swoją Ojczyznę i kocha turystów. Niestety Kambodżanie ubiegający się o paszport często nie wracają do domów po wizycie w odpowiednich urzędach. Nikt nie wie co się z nimi dzieje. Albo są zabijani albo sprzedawani. Nie dziwię się, że młody chłopak, najstarszy z dwanaściorga rodzeństwa chce uciec z kraju, gdzie matki sprzedają swoje dzieci na ulicy za 70 USD. Nie dziwię się, że młody chłopak, który ma prawo kochać swoją Ojczyznę, chce tam wrócić, by turystom przybliżać dobra swojego kraju, poczęstować ich pysznościami z khemerskiego stołu, uraczyć muzyką czy  dać dotknąć prawdziwy surowy jedwab. Kambodża to kraj kontrastów. Ciężko jest mi też wystawić notę po odwiedzeniu tylko jednego miasta. Do tego miasta stricte turystycznego. Podejrzewam, że tak samo jest w stolicy, pewnie zupełnie inny świat można zastać na prowincji. Ten prawdziwy khmerski świat, przepełniony tym najżyczliwszym na świecie uśmiechem ludzi, którzy tak niedawno wycierpieli tak wiele, stracili tak wiele i wielu, a mimo to są w stanie się uśmiechać i służyć pomocą. Na pewno wrócę do Kambodży. Mam nadzieję, że zatrzymam się wtedy w hotelu naszego taksówkarza.

        Jakie są Twoje rady dla ludzi, którzy chcą wyruszyć w świat?

Odwagi. Tylko tego można życzyć. 

Komuś, kto z natury jest domatorem, lubi nasz styl życia, bezpieczny, czysty, sterylny – pozostaje mi życzyć dystansu do siebie i do tego podziału co „nasze” i „ich”, odwagi, by wyjść ze skorupki i poznać świat na zewnątrz, bo można tam zobaczyć nie tylko wiele materialnych rzeczy, ale można i tam znaleźć to, czego usilnie szukamy podczas kolejnych kosztownych kursów, treningów personalnych i spotkań z psychoanalitykiem. Można tam znaleźć siebie, swoją odwagę, swoją pewność siebie, swoje ja. Chciałabym tylko ostrzec – to wciąga. Podróż jest wartką rzeką. Jak już do niej wpadniesz, to nie gwarantuję, że zdołasz się wydostać na stały ląd J


A tym co już podróżują? Mimo mojego zamiłowania do ryzyka, niekiedy życia na krawędzi (tak, mam 40 euro na koncie i mieszkam w Hamburgu, gdzie jednorazowy bilet kosztuje 3.5 euro, a jeszcze nie szukam nawet pracy), spontaniczności, polecam przed podróżą zajrzeć do przewodnika, przejrzeć blogi. Ucząc się od innych można podłapać fajne pomysły, można dowiedzieć się o jakiś tańszych rozwiązaniach , nie jedźmy nigdy zupełnie w ciemno. I miejmy w różnych miejscach ksero kompletu dokumentów. Rozwaga i odwaga – to moje rady J.

ZGODNIE Z TEMATYKĄ DZISIEJSZEGO WPISU POLECAM WAM NASTĘPUJĄCE KSIĄŻKI:

  • „Przewodniki Wiedzy i Życia. Tajlandia”, Warszawa 2009,
  • „National Geographic. Przewodnik Kambodża”, Trevor Ranges,
  • „Tajlandia”, Martyna Wojciechowska,
  • „Tajlandia. Cuda świata. 100 kultowych rzeczy, zjawisk, miejsc”, praca zbiorowa



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz